Po kolegium

...i dużej kawie tako rzecze mała redakcja...

Wpisy

  • czwartek, 22 września 2011
  • środa, 21 września 2011
    • Obleszek i jego pikutek

      Człowiek Kamienica z sympatii zwany Obleszkiem to jedna z najbardziej intrygujących postaci (obok Człowieka Biegunki i Człowieka Żylaka) miejskich i redakcyjnych legend.

       

      Ciągle pojawiał się w naszych tęsknych opowieściach, przemykał gdzieś po podwórku w swoim nieskazitelnym garniturze, zapachniał, uniósł delikatnie kąciki ust w niemym uśmiechu gdzieś... i tyle...

       

      Obleszek niczym Czarna Wołga porywał kobiety. Nie do wołgi bynajmniej, a do bentleya, mercedesa jednego, albo też drugiego - zależy który lakier pasował akurat do nastroju właściciela. No taki z niego fircyk.

       

      Ale do rzeczy. Porywał kobiety, młode kobiety, dziewczynki właściwie. Głównie na tylny fotel, rzadziej w ramiona.

       

      Najmłodsza nasza Obywatelko nie miała jednak u niego szans. Najstarsza Stateczna Frau Tante zasłaniała się małżonkiem. Że niby zupełnie nie była zainteresowana, że wierna, kochająca itd.

      Miszczu tylko wzdychał i wzdychał wytrwale. Próbowała się nawet odmłodzić, okazało się jednak, że zamazanie flamastrem daty w dowodzie osobistym na nic się zdało. Nie zjawił się Obleszek, by ją wyzwolić. Przefarbowała więc włosy na blond łudząc się, że zadziała klasyczny chwyt (biodra Marlin Monroe Miszczu miał już dawno - tak dawno, że oryginalnych rozmiarów Monroe już nawet dostrzec nie można było). Nie podziałało.

       

      Najlepsze notowania w rankingach miał Radziwił, który postanowił u Obleszka mieszkanie wynająć. Z bólem serca co miesiąc bił rozbijał swoją świnkę, by czynsz mu zapłacić. Czasem nawet przepłacał, dorzucając zalotnie dodatkowe 50 gr. Ciągle miał nadzieję, że Obleszek to zauważy, że wpadnie do niego ze swoim pikutkiem i mu za dziury w ścianach i zepsuty kran lanie da! Czekał, łóżka nie ścielił, dodatkową porcję makaronu gotował, a tu nic...

       

      Ostatnio redakcję obiegła wieść o nieszczęśliwym splocie wypadków, których ofiarą miał paść Obleszek. Podobno w lasach zabrakło jeleni, których łój Pan Kamienica wykorzystywał do konstytuowania swojej fryzury na kształt lekko wywiniętego z tyłu pyska dziobaka. Tak, nie mył włosów, nie czesał ich jak mali ludzie. Jedynie smarował. W tym tkwić miał sekret jego powodzenia, dzięki temu choć policzki mu nieraz nabrzmiewały podczas jazdy kabrioletem, koafiura nawet nie drgnęła. No dżentelmen w każdym calu.

       

      Ale my tu o braku łoju...

      Więc Obleszek zmuszony był użyć wazeliny, której zazwyczaj używa do... nacierania suchych pięt. Okazało się jednak, że warstwa, którą nałożył zamiast usztywnić, zmiękczyła skorupę na głowie. To już nie był ten sam Obleszek! Jego afro jaśniało nad białym bentleyem. Zawstydzony odjechał w siną dal.

       

      Wysłał później do redakcji kartkę. Podpisał "Antoni Jan", ale nikt mu nie uwierzył. 

       

      Ulubione zwroty:

      "Jestem dżentelmenem jak Romek - kobiet o wiek nie pytam", "Zgadnij, na co wydam miesięczny czynsz, na który ledwo cię stać?"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      po_kolegium
      Czas publikacji:
      środa, 21 września 2011 15:55
  • poniedziałek, 12 września 2011
  • poniedziałek, 05 września 2011
  • środa, 31 sierpnia 2011
  • piątek, 26 sierpnia 2011
  • czwartek, 25 sierpnia 2011
    • W rytmie samby

      Królowa Samby była dla nas niczym odnaleziona po latach biologiczna matka. Od pierwszej chwili, gdy pojawiła się w drzwiach: taka uśmiechnięta, radosna, swobodna, otwarta byliśmy przekonani, że jedyne, czego pragniemy, to grzać się w jej blasku (i niektórym było to dane: ponoć Nadredaktor opalił nawet za jej sprawą blady dotychczas fragment śródstopia).

       

      Czuliśmy, że zadzierzgnięta w ten jakże krótki letni miesiąc znajomość szybko przerodzi się w głęboką przyjaźń. Na początku wcale nie przeszkadzało nam, że nie jesteśmy do niej zupełnie podobni. Czuliśmy tę więź, jej pasje, przygody, o których mogła, ba! chciała opowiadać godzinami!

       

      Królowa Samby otworzyła przed nami drzwi do świata dotychczas nam niedostępnego. Wyryła głęboki jak rów mariański ślad w sercach każdego członka fabryki. Zaryła w naszych trzewiach oprawkami okularów ściąganych z nabożeństwem i głęboką refleksją, jakby w każdej poświęcanej na tę czynność sekundzie chciała wykrzyczeć światu: „Tak, trwam w milczeniu, ale przemówię zaraz oznajmiając jedną z nieznanych dotąd Wam, mali ludzie, prawd”. Z chirurgiczną precyzją celowała nausznikiem oksów w lewy kącik ust. Ust chłodnych, lekko ściśniętych w powadze, z których – przy minimalnym, niezauważalnym prawie drgnięciu, wydostawały się słowa. Niezbyt głośno – docierały ledwie do sąsiada z biurka obok, ale przecież nie każdy godzien był z jej ust słowa spijać. Choć trzeba przyznać, że na słyszalność wpływał także ten okropny, bezczelny wręcz hałas wentylatora, który miał czelność przy 30-stopniowych upałach zagłuszać słowa Królowej Samby.

       

       

      A wszystko dlatego, że była ona przyzwyczajona do gorących rytmów, szczególnie muzycznych. Kochała tańce. Redakcja podejrzewa, że to ona była prekursorką samby jeszcze w okresie niewolnictwa. Nie tylko gibkość jej ruchów i melodia języka, ale też wiek pilnie skrywany na to wskazywał.

       

      Królowa Samby była dla nas niczym odnaleziona po latach biologiczna matka. Została z nami niecały miesiąc. Choć nie było łatwo się z nią żegnać, potrafiliśmy zrozumieć i szanowaliśmy jej wybór. Część redakcji do dziś nasłuchuje z nadzieją rytmów samby. Liczą, że w gorącym anturażu prosto z Rio de Janeiro pojawi się któregoś dnia. Mimo że testy genetyczne wykluczyły pokrewieństwo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      po_kolegium
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 sierpnia 2011 15:30
  • środa, 24 sierpnia 2011
    • Muzyczny hołd dla Afroamerykanów

      Frau Tante czuła dziś w fabryce silne pragnienie dzielenia się muzycznymi utworami z górnej półki. Z wielką precyzją wyławiała z You Tube'owych otchłani prawdziwe perełki.

       

      Najpierw było The Black Eyed Peas, potem dla odmiany The Black Eyed Peas, a na sam koniec... The Black Eyed Peas.

      Oficjalnie oczywiście Frau Tante nie wzrusza boskie ciało Ferdżi. Przechodzi na porządku dziennym do wysublimowanej konstrukcji dramaturgicznej teledysku preferując raczej reklamę sportowych dresów dla dzieci.Nie przyznaje się również do fascynacji głębokimi tekstami wyśpiewywanymi przez apl.de.ap'a

      (Próbka: Hey girl, wuz up, it use to be just me and you
      I spent my time just thinkin thinkin thinkin bout you
      Every single day, yes i'm really missin missin you
      And all those things we use to use to use to do
      Hey girl wuz up, wuz up, wuz up, wuz up).

       

      Ale zachowując rytm podbiurkowymi tupnięciami spamowała dziś resztę redakcji.

       

       

      

      Frau Tante: Ja naprawdę uwielbiam wszystkich afropochodnych!

      Miszczu: To w ramach poprawności politycznej po tej wtopie?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      po_kolegium
      Czas publikacji:
      środa, 24 sierpnia 2011 19:18